księga gości

2009
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec

no dobrze...

czuję się przywołana do porządku.
jest dobrze. tyle, że jak to przy budowaniu wszystkiego od poczatku, jest strasznie dużo roboty. właśnie kończę pierwszy w miarę normalny weekend od... miesiąca? pięciu tygodni? jakoś tak.
sporo jest także służbowych wyjazdów, które nie powiem, szlifują mi angielski. zdecydowanie sama zauważam, że nie jest już zardzewiały, że ławiej mi gadać i myśleć po ichniemu.
mam fajną szefową, mądrą babkę, która sama nalega, żebym zwolniła, z którą daje się dogadać i nie przeszkadzają w tym różnice kulturowe. do tego ma poczucie humoru i jest po ludzku serdeczna. zupelnie nie jak stereotypowa Angielka.
jest dużo nowości, wielu rzeczy się uczę. pokonuję różne przeszkody, o których pokonanie nie podejrzewałabym się jeszcze parę miesięcy temu.
ergo, mój były szefie, pięknie ci dziękuję za likwidację mojego stanowiska. pięknyś mi tym uczynił prezent :) i tu, jakkolwiek to miałoby zostać zinterpretowane, nie ma ironii.
że zasuwam więcej - tak, ale sprawia mi to przyjemność. zarabiam bardzo rozsądne pieniądze, tytuł stanowiska mam lepszy, ludzie w zespole są świetni. nie będę narzekać.
jeśli mnie tam słyszy ktoś na górze, to poproszę o zachowanie status quo.

d_anku, Ciebie mi brakuje, babo jedna. brakuje mi naszej porannej kawy, atmosferki, tego doskonałego zaznajomienia z wieloma tematami. nie dzwonię, bo jak się już robi 23.00 i kończę robotę, to nie mam sily dzwonić. poza tym pora jakby nie ta.
ale to minie, jest gdzieś kres tego wariactwa. i jest cicha umowa, że jak się przewalą te wszystkie najważniejsze i najpilniejsze rzeczy, to będę mogła odpocząć.

w czwartek szefowa mi zakomunikowała, że mam wolne między świętami a Nowym Rokiem. więc wytrzymać muszę raptem dwa miechy. jutro lecę do Manchesteru. potem jakoś na początku grudnia do St. Louis. ale dam radę.

Don Chichot rośnie, robi się fajnym ludzikiem. można z nim pogadać, umówić się na konkretne rozwiązania. widzę, że tęskni, że mało mu kontaktu ze mną. więc jak już wracam do domu, jestem dla niego. życie towarzyskie prowadzę głównie przez telefon. dobrze, że mam wolne wieczory i weekendy (w sensie że pakiet taki).
jednym słowem - zmęczona jestem, ale takim dobrym zmęczeniem. kiedy się czuje, że to co je spowodowało miało sens. kiedy wiem, że się obudzę jutro i będzie mi się chciało znowu zmęczyć.
znaczy, dobrze jest :)

aha, postaram się częściej, tak?
z przyjemnością, misiu, z przyjemnością :)

ejka 2009-10-25 19:20:56 skomentuj (4)
cena stresu...

do siwych włosów moge spokojnie doliczyć paznokcie. drobiazg, odrosną.

dzwoniła też moja przyjaciółka i powiedziała, że doskonale rozumie, że przez ostatnich kilka lat trzeba było inwestować w innych. i że przeprasza, że mi to mówi. ale ma nadzieję, że sobie za pierwszą pensję (mega jak na moje wcześniejsze doświadczenia) kupię jakieś lepsze ciuchy.
powiedziała, że zawsze sobie jakoś radziłam, bo pazury miałam zrobione i obcas i sporo nadrabiałam osobowością.
a teraz ma byc mój czas.

wzruszyła mnie. nie wiedziałam, że to było widać. inaczej, robiłam sporo, żeby tego nie było widać.
i powiedziała, że na to nowe kupiła mi buty. na płaskim, bo wie, że to ścięgno w śródstopiu.
po prostu rozwałka.

i teraz jeszcze telefon, od innej przyjaciółki, że alarm o nic, że dobrze.
uff...

za 20 minut zaczynam swój pierwszy weekend w nowej robocie. przeżyłam.

ejka 2009-08-07 16:39:03 skomentuj (1)
godzina zero...

...wybije 03.08 o 9.00.

czuję w powietrzu to nowe, które idzie. i widzę je wyraźnie patrząc na kolejne maile, które dziś zaczęły spływać na moją skrzynkę.
I am hungry for work. Stąd zapewne miły dreszczyk na pleckach.
wiem, będę marudzić, przysypiać z przepracowania, łamać głowę nad logistyką praca-dom-dziecko-przedszkole.
ot, będzie codzienność, szara, czasem dzwoniąca deszczem o szyby.
ale dziś, po czterech miesiącach od podpisania tego wstrętnego papieru, który mi likwidował stanowisko pracy z przyczyn ekonomicznych, czuję tylko radochę. że dałam radę.
znalazłam dziś co prawda sporo więcej siwych włosów niż miałam cztery miesiące temu. ot, cena stresu.
ale dziś na działkę zabieram Metaxę, która od 3 miesięcy stała na naczelnym miejcu i czekała na tę właśnie chwilę.
ututkam się z radości, z pełnym przyzwoleniem rodziny i własnego superego.
wszystkim, którzy trzymali kciuki, zaklinali rzeczywistość by była łaskawa - piękne dzięki.
i miłego weekendu dla wszystkich.

ejka 2009-07-31 17:48:19 skomentuj (0)
cicho sza...

jeszcze się boję napisać, żeby nie zapeszyć.
ale skoro dzwonili już z Manchesteru, to chyba już można...

Lily, dobrze poszły te rozmowy.
bardzo dobrze. za 15 minut dzwonię do mojej przyszłej szefowej, żeby ustalic od kiedy zaczynam.
Ten, co czuwa tam nade mną z góry, sprawił się na 5 z plusem.

jeśli gdzieś Bóg zamyka drzwi, to na pewno gdzieś otwiera okno. myślałam, że to takie powiedzenie, bo ładnie brzmi.
dzisiaj moge napisać, że to prawda.

ejka 2009-07-21 13:33:30 skomentuj (2)
pani P już dziękujemy...


... to kolejny przyczynek do teorii, że jak się zabieram do szukania u ludzi na siłę czegoś dobrego, to czasami znajduję.
a czasami nie. i czasami nawet nie warto szukać.
pani P. entuzjastycznie zaproponowała mi miejsce w firmie T. w mieście T. firma jak firma, ale do tego miasta to mam 180 km, niekoniecznie dobrymi drogami. średni czas doajzdu w jedną stronę - 3,5 godziny przy założeniu, że korków wyjątkowo nie będzie.
gdybyż to jeszcze było stanowisko, dla którego rzuca się wszystko... ale nieeeee. pani P. wyraźnie była zaskoczona, że nie zamierzam po 7 latach kierownikowania zaczynać od zera w niekoniecznie ambitnej firmie.

w międzyczasie odezwali się takie, co to ja dla nich niekoniecznie chcę. jakkolwiek stołek jest dyrektorski i zapewne za sporą kasę, to jeśli mnie pytają w rozmowie telefonicznej, czy mam doświadczenie z outplacementem i jak sobie radzę ze zwalnianiem ludzi w konflikcie, to znaczy, że szukają miotły do zamiatania. a ja za miotłę nie mogie, bo żem nie jest dość chuda :)

a teraz - raz dwa trzy. wszyscy trzymamy kciukasy zaciśnięte na intencję, że się wybieram na ostatnie rozmowy do takiej firmy, co to do niej bardzo chcę. i cicho sza :)
wyniki prawdopodobnie w lipcu.

x   x   x

Młody cudem powrócony na przedszkolne łono. po dwóch miesiącach chorowania w domu, po dwóch dniach jęków, że on nie chce - wdrożył się, zaczął jeść obiady, zabiera swojego najbrzydszego pluszowego Bombi pod pachę i idzie sam do dzieci.
trzeciego dnia - dywanik u dyrektorki. poleciałam, bo co.
okazuje się, że Zgagulec się nudzi. ćwiczenia dla niego za łatwe, robi w minutkę, a potem siedzi grzecznie, ale wyraźnie pokazuje, że no halo, jakiś czelendż poproszę. ergo, przenosiny do starszej grupy od września już na bank.


x    x    x

pierwsze koty za płoty. po wielu szkoleniach wewnętrznych, poprowadziłam wreszcie dwa na zewnątrz.
adrenalina - na max, program zapakowany na max, ocena trenera - hmmm :)))
d_anku - miałaś rację, to zawsze będzie moja opcja awaryjna. i zawsze będę mieć to we krwi.


ejka 2009-06-07 22:44:05 skomentuj (1)
zaklinanie rzeczywistości...

właściwie rzeczywistość ostatnio zaklina się sama w sposób zupełnie dla mnie niewyobrazalny.

kiedyś dawno, calkiem służbowo poznałam telefonicznie panią P. chciała mnie namówić na usługę drogą jak sto smoków, a dokładnie na poprowadzenie rekrutacji na ważne stanowisko przez jej firmę. zgodziłam się na testowanie.
pierwsza kandydatka nie dojechała. druga jak już się przy piątej próbie umówila, to zadzwoniła, że znalazła inną pracę.
w końcu pani P. przysłała mi kandydata, merytorycznie bez zarzutu, ale cyborg jakiś. zero kontaktu wzrokowego, albo analityk, albo z jakimiś zaburzeniami osobowości. nie mam nic przeciwko, ale stanowisko wymagało kogoś z doskonałymi umiejętnościami komunikacji i takim trochę "darem" do ludzi.
a, jeszcze jedno - pan sobie spokojnie śmierdział. niby garnitur i w ogóle. ale odorek utrzymywał się w sali konferencyjnej i nie dawal się zignorować.

pani P. zadzwoniła pół godziny po zakończeniu spotkania. i pyta jak tam.
taaaa... zebrałam się w sobie, w końcu ona nic nie winna. wspięłam się na wyżyny kultury i powiedziałam pani P. prawdę.
całą prawdę.
pani P. podziękowała i jakoś kontakt się utrzymał, ale współpracy juz z tego nie było.

niecały tydzień temu wysłałam cv do takiej jednej firmy rekrutacyjnej w związku z konkretnym ogłoszeniem. nazajutrz odezwała mi się w prywatnej komórce pani P. zmieniła pracę i jest teraz w tej firmie unit managerem od całej branży, w której miałam okazję pracować ostatnie 9 lat. zostałam zaproszona do Wawy, żeby porozmawiać co mam ochotę robić, bo możliwości jest trochę - jak stwierdziła pani P. po lekturze mojej cefałki.
czasami warto mówić prawdę...?

x   x   x  

a z całkiem innej beczki.
poznałam mojego przyrodniego brata. Będzie miał tutaj ksywę Brat. bo, że opowieści o nim to dopiero początek i wcale nie koniec - to już wiemy na pewno.
ale to baaardzo długa historia :))

jest większym gadułą ode mnie - a to sztuka.
szczery. bezpośredni i konkretny. reszty się jeszcze muszę doszukać :)


ejka 2009-05-09 16:58:23 skomentuj (1)
dopsz...

pora zobaczyć to napisane

po siedmiu i pół roku zasuwania ku chwale zostałam niemile zaskoczona likwidacją stanowiska pracy. mojego stanowiska, dla porządku. tak ot, pięć dni po urodzinach moich i blogusia. jako lukier na birthday cake'u.

zaliczyłam zjazd samooceny. podniosłam się, otrzepałam i szukam.

jest różnie. bywa trzydzieści wysłanych ogłoszeń w sposób przemyślany i staranny i nic.
zdarza się wysłanie czegoś na wiwat, bardziej z desperacji niż rozsądku i dzwoni telefon.
na razie dzieje się w dwóch miejscach. czekam, bo kazali. co nie znaczy, że bezczynnie.

poza tym urwał się worek z pracami pobocznymi. od trzech tygodni zasuwam jak motorek. tu DC, tam jakieś szkolenie. rozesłałam wici, że jestem potrzebowska i odzywają się ludzie, którym przypomina się, że jeszcze coś umiem.
i niech tak trwa. niech mi nie będzie dane poczuć tej pustki, którą czułam przez pierwszy tydzień kwietnia.

czytaczy miłych uprasza się o trzymanie kciuków.

p.s. do d_anka i Karolinki - jestem świnia, że sie nie odzywam. darujcie, naprawdę nie mam kiedy. poprawę obiecuję pod koniec maja, no max początek czerwca :))

ejka 2009-05-06 23:40:16 skomentuj (2)

nie tylko wirtualnie
kotsony
wszystkie za pan brat

nałogowo - panie
Balderdash
ds
Małgośka
Crazy-house
agA
Madziorus
Lumpiata
Aniared
Lily
Werka Grzesiowa
Idiomka
Gudrun
Dodo (lokalny patriotyzm)
Pierwsza
Goga
Lord Stabar
Bajka
Girri
Kociubińska
Zimno
Skaf
poszła-do-pracy
mama Piotrusia
Kotkolot
Gorcula
Sis
pranie

nałogowo - panowie
Pjotruska
tata bazylka
Wawrzyniec